poniedziałek, 16 lipca 2012

Bo jeść przecież trzeba... Vol.1

Gotowanie jakoś specjalnie mnie nie pociąga. Czasem mam ochotę coś zrobić, ale raczej wymyślnego, według własnego pomysłu, albo zmodyfikowanego przepisu. Upodobania też mam dość specyficzne, więc na kucharza dla szerokiej publiczności zdecydowanie się nie nadaję.
Myśleć można jedno, a robić trzeba drugie – aupairkowanie we Włoszech zaskoczyło mnie codziennym przyrządzaniem lunchu dla dzieci i dla siebie. Posiłek w okolicy godziny pierwszej po południu gdyby to zależało ode mnie byłby kanapką, jogurtem i do tego jakimś owocem. Ale to nie ja decyduję. Jedno jest pewne – do końca wakacji stanę się ekspertką w gotowaniu makaronu.
Kuchnia połączona z salonem zajmuje prawie cały parter

A teraz zapraszam na aupairską, włoską podróż po kuchni!
Najpierw o posiłkach w domu hostów, a w części drugiej o moich zmaganiach kuchennych.

Śniadanie:
Codziennnie płatki śniadaniowe: kukurydziane, miodowe, muesli... do wyboru do koloru. Do tego najwięksi wrogowie dbania o linię, wszędobylskie ciasteczka, najczęściej kruche albo maślane z czekoladą, herbatniki, rzadziej babeczki i krakersy. Według moich gospodarzy śniadanie to jedyna pora kiedy bezkarnie można zajadać się słodyczami. Ponadto do wyboru mleko zwykłe i sojowe, capucciono z ekspresu, można też skusić się na owoc.

 Typowe produkty śniadaniowe
Drugie śniadanie:
Dzieci proszą o ciasteczko albo owoc już około godziny po śniadaniu. W zasadzie ciastka są w użyciu przez cały dzień. Jako drobna przekąska albo podwieczorek, wtedy moi podopieczni dostają w swoje łapki cały słoik i spokojnie oglądają bajki.

 Ciasteczka - największa przeszkoda na drodze do wymarzonej, plażowej sylwetki

Lunch:
To już domena aupair. Miło jest oderwać się od ganiania za dziećmi i poświęcić trochę czasu na mieszanie w garnkach. Rano zawsze dostaję szczegółowe instrukcje co mam zrobić, a potrzebne produkty lądują na kredensie. Mam też wybór – mogę sama decydować o jakiś dodatkach warzywnych, nie mam określonej ściśle godziny, o której powinnam podać jedzenie ani ilości, jaką muszę przygotować. Musiałam jednak zmienić swoje przyzwyczajenia i np. zacząć solić wodę na makaron, przekonałam się też do jedzenia surowych marchewek, które do tej pory były nielubianym i nieobecnym elementem w moim menu.

Podstawa większości posiłków - szanowny pan makaron
Podwieczorek:
Ponieważ lunch jest dość wcześnie dzieci szybko dopominają się o dostęp do słoika ciastek. Mnie najczęściej o tej porze dnia w domu nie ma, więc nie jem. Gdy jestem zdarza mi się zjeść brzoskwinię, jogurt albo jakiegoś krakersa.

Kolacja:
Gotuje hostka, czasem pomaga jej host. Dużo warzyw, jakaś rybka – lekko i smacznie. Czasem zdarzają się wpadki typu suchy kurczak z rożna z pobliskiego supermarketu, ale to też jest zrozumiałe. W końcu nie zawsze są czas i chęci by bawić w wyjątkowe dania. Dom to nie restauracja.

 Do wyboru do koloru - alkohole i oliwa z oliwek na szycie "piramidy"

Lunch i kolacja zdarzają się na plaży, w formie takiego jakby pół-pikniku. Można jeść wcześniej przygotowane jedzenie przy stolikach należących do plażowego baru, ale tylko pod warunkiem kupienia na miejscu napojów.

Wyrażenie "pusta lodówka" nieodnalezione w słowniku.

Jedno nie powinno nikogo zdziwić: włoski makaron jest o niebo lepszy od polskiego. Możemy starać się ile chcemy, ale nigdzie indziej na świecie spaghetti bolognese nie smakuje tak dobrze jak właśnie w Bolonii.


niedziela, 8 lipca 2012

Samoloty

Każda aupair jakoś do pracy dostać się musi, więc chcąc nie chcąc wiele z nas jest skazanych na podróże samolotami. Dużo dziewczyn zadaje pytania na forum o samoloty, bagaż, lotniska itd, dlatego opisuję te, z którymi miałam doczynienia.

Linie lotnicze:

British Airways
Kraków Balice –> London Gatwick (2006), London Gatwick –> Kraków Balice(2006), London Gatwick -> Kraków Balice(2007)
Bagaż rejestrowy: 15 kg
Cena: ok. 85 funtów za przelot UK-PL
Angielski porządek, przypisane miejsca, wygodnie, miło i spokojnie. Zdecydowanie najlepsze jedzenie pokładowe jakie miałam okazję zjeść, oczywiście wliczone w cenę biletu. Przy wejściu można dostać gazetę codzienną, polską albo angielską.

PLL LOT
Warszawa Okęcie –>London Heathrow (2007) , Madrid Barajas -> Warszawa Okęcie (2011)
Bagaż rejestrowy: 20 kg, podręczny: 6 kg
Cena: ok. 130 euro za przelot PL-Hiszpania, ok. 120 euro za PL-UK
Porządek, miły personel mówiący po polsku i po angielsku. Miejsce jest przypisane do pasażera, więc nie ma chaosu, choć oczywiście niezadowolone indywidua zawsze się znajdą. Dobre jedzenie i napoje wliczone w cenę biletu. Do tego obsługa zawsze częstuje princepolo. Magazyn firmowy po polsku i angielsku, trochę o samolotach, trochę o jedzeniu, o Polsce, czyta się dość miło.
Raz zdarzyło się opóźnienie ok. 4 h, ale niezależne od linii.

EasyJet
London Gatwick ->Kraków Balice (2010), Warszawa Okęcie -> London Gatwick (2010)
Bagaż rejestrowy: 20 kg
Cena: ok.100 euro za przelot UK-PL
Gdy leciałam na pokładzie panował bajzel, ludzie przepychali się, tłoczyli, a personel nie wykazywał żadnych chęci zapanowania nad chaosem. Podobnie jak w WizzAir na pokładzie można zakupić różne przekąski i gadżety. Gazetki dla pasażerów nie stwierdzono.

WizzAir
Warszawa Okęcie -> Madrid Barajas (2011), Warszawa Okęcie -> Forli (2012), Forli -> Warszawa Okęcie (2012)
Bagaż rejestrowy: 32 kg, podręczny 10 kg
Cena: ok. 80 euro za przelot PL-Hiszpania, ok. 75 euro za przelot PL-Italia
Uprzejmy personel, na pokładzie porządek, nawet najbardziej nieogarniętych pasażerów udaje się usadzić. Miejsca wybiera się dowolnie, ale stewardessy sprawnie kierują pasażerami tak, żeby nie było zbytniego zamieszania. Nie zdarzyły się żadne opóźnienia ani problemy gdy leciałam ich samolotem. Na pokładzie można kupić picie, jedzenie i różne gadżety, a ceny choć wyśrubowane to nie są przerażające, np. za kawę czy snickersa zapłaci się 2 euro. Przy każdym fotelu firmowy magazyn do poczytania, głównie poświęcony miejscom, do których można dolecieć WizzAirem i wydarzeniom kulturalnym.

Bilety:

W Internecie można kupić bilety wszystkich tych linii, ale nie w każdym biurze podróży dostanie się te WizzAir i EasyJet. Zdecydowanie wolę kupować bilety w biurze niż wklepywać swoje dane, numery karty itp, na jakiejś stronie internetowej. Wolę mieć pewność, że wszystko zostanie zrobione tak jak trzeba i mieć na kogo zwalić winę w razie niepowodzenia.
Do ceny biletu zawsze trzeba doliczyć opłatę za bagaż rejestrowy jeżeli zamierza się taki ze sobą zabrać. Poza tym można zawsze dokupić jakieś dodatkowe usługi, ale moim zdaniem nie są one w ogóle potrzebne. Bo po co płacić za pierwszeństwo wejścia na pokład skoro i tak wszyscy wsiądą? Można też dopłacić za przywilej siedzenia w pierwszych rzędach tuż przy kabinie pilotów, ale to także nie robi moim zdaniem różnicy. Może się to przydać tylko gdy ma się jakiś problem zdrowotny, albo naprawdę szczerze nienawidzi się czekania (ale w końcu na start i tak czeka się tyle samo).

Ceny i limity bagażu, które podałam są orientacyjne i oparte na wartościach właściwych dla roku, w którym leciałam. Mam świdomość, że mogły ulec zmianie.

W samolocie:

Na pokładzie przede wszystkim nuda, nuda, nuda... A jeśli jeszcze niebo jest zachmurzone i przez trzy godziny tkwi się nad chmurami  to ma się wrażenie, że monotonia może zabić. Coś do czytania to konieczność, chyba, że ktoś zadowoli się parokrotnym przeczytaniem pokładowej gazetki, albo wykuciem na pamięć instrukcji bezpieczeństwa. Z bagażem trzeba uważać, rejestrowy przechodzi istne piekło, więc lepiej nie wkładać do niego delikatnych rzeczy, niedokręconych porządnie butelek itp. Bagaż podręczny można albo włożyć do schowka nad siedzeniami, albo położyć pod nogami. Zwykle wybieram drugą opcję, bo wolę móc spokojnie coś wyjąć/włożyć niż się przepychać, przepraszać i wstawać. Gdy siedzi się od strony przejścia opcja z kładzeniem pod nogami bagażu nie wchodzi w grę, można tylko umieścić go w schowku. Toaleta w samolocie jest mała i niewygodna, nie można z niej korzystać przez mniej więcej początkowe i końcowe piętnaście minut lotu oraz oczywiście w czasie startu i lądowania.

Lotnisko:

Na lotnisku najlepiej pojawić się około 1,5 h przed planowanym odlotem. Najpierw na hali odlotów znajduje się na tablicy swój lot i przypisany mu numer stanowiska, w którym należy zdać bagaż rejestrowy. Należy okazać paszport i wydrukowaną kartę pokładową (jeżeli linia umożliwia odprawę on-line, np. WizzAir wymaga odprawy przez internet i gdy się ją pominie zapłaci się 15e przy zdawaniu bagażu), bagaż jest ważony, personel nakleja taśmy z kodem na uchwyt walizki i na kartę pokładową. Często też trzeba pokazać bagaż podręczny, ale tylko po to, by pracownik mógł ocenić czy spełnia on standardy. Następnie przechodzi się do stanowisk ochrony, najpierw okazuje się bilet z paszportem, a potem dopiero trzeba się przygotować do sprawdzenia. Trzeba zdjąć metalowe przedmioty (drobiazgi, np. kolczyki, okulary mogą zostać), wierzchnie nakrycie, czasem buty (gdy są na grubych obcasach, albo typu glany), z bagażu podręcznego należy wyjąć, jeżeli ma się ze sobą, laptopa, lekko go otworzyć i włożyć do oddzielnego pojemnika. Gdy ma się na sobie bardzo luźne ubranie, pod którym można coś ukryć, prawdopodobieństwo dodatkowego obmacania wzrasta. Po przejściu przez stanowisko ochrony można iść prosto do swojej bramki i tam usiaść w poczekalni, albo można skorzystać z oferty sklepów bezcłowych. Około 20 minut przed odlotem personel otwiera bramkę i znowu każdy po kolei pokazuje paszport wraz z kartą pokładową. Następnie można wejść przez rękaw na pokład, jeżeli samolot podstawiono pod sam budynek, lub gdy stoi dalej na płycie trzeba skorzystać z autobusu. Autobus podjeżdża prawie pod samego schodki, więc na pewno nikt się nie zgubi.

A tak poza samolotami to zyje, od tygodnia jako aupair w Ravennie, niestety znowu nie mam neta na stale, tylko jak pozycze kompa, bo moj strajkuje i nie chce sie polaczyc z wifi.

niedziela, 24 czerwca 2012

Anglia x3 - czyli jak to się stało, że Saiisuke jest aupair

Robiłam porządki na komputerze i natrafiłam na kilka dość starych zdjęć z moich wizyt w Anglii. Jestem już jedną nogą w Włoszech, tkwię rozerwana pomiędzy Toruniem, z którego już-już prawie się wyprowadziłam i Kielcami, od których dzielą mnie nieco ponad dwa dni.

 To nie tornado przeszło przez akademik - to mój dobytek w fazie pakowania, a w tym wszystkim tonie kumpela, która przyszła mnie motywować.

Zebrało mi się teraz na myślenie (musztarda po obiedzie?) czy to aupairkowanie to na pewno dla mnie? Z jednej strony planuję wyjazd na rok, zaraz po licencjacie, a z drugiej nie wiem czy chcę, czy warto, czy dam radę... W natłoku wątpliwości przypomniały mi się moje aupairkowe początki i dzisiaj o tym napiszę.
Zapraszam w sentymentalną podróż pod tytułem: "Jak to się stało, że Saiisuke została aupair"!

Urokliwe miasteczko w Surrey, okolice Guildford

W Anglii byłam trzy razy, w 2007, 2008 i 2010, za każdym razem w wakacje, dorobić sobie, trochę poaupairkować, dużo pozwiedzać, zobaczyć ten większy kawałek świata.
Pierwszy wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem i chyba to on najbardziej wpłynął na mnie, na to jak zaczęłam później radzić sobie z życiem, na to co zaczęłam planować i jak bardzo poszerzyły mi się horyzonty. Wiem jak to może brzmieć - ale tak było. Miałam piętnaście lat, pierwszy raz miałam lecieć samolotem, a do tego całkiem sama, do obcych ludzi, a przy tym mój angielski pozostawiał wiele do życzenia. Nie będę tego ukrywać - bałam się i to bardzo, ale w tym wypadku powiedzenie "co Cię nie zabije to Cię wzmocni" sprawdziło się w 100%

Pochmurny Londyn podbity! 

 Wystawa ogrodnicza w Hampton Court

Wiem, że miałam bardzo wiele szczęścia. Trafiłam na niesamowitych ludzi, którzy zaopiekowali się mną, zadbali, żebym zapamiętała pobyt u nich jak najlepiej. Zabierali mnie gdzie tylko mogli i tym sposobem zwiedziłam porządnie Londyn, hrabstwo Surrey, wybrzeże. Byłam z nimi w teatrze, kinie, na musicalu, w Ritzu na herbatce, w Buckingham Palace zobaczyć kolekcję sukien królowej, w Hampton Court, w przeróżnych restauracjach (nigdy nie zapomnę imprezy urodzinowej w greckiej restauracji - właściciel tłukł talerze rzucając je na podłogę w całym lokalu!), na wystawach, w parkach, ogrodach botanicznych, w niezliczonych sklepach z obowiązkowym Harrods na czele i w wielu innych miejscach, które zlewają się teraz w jedno wspaniałe wspomnienie.

Wujek Big Ben musi być!

Nie z samych przyjemności moje wizyty w Anglii się składały. Ale na pracę też nie mogłam narzekać, czasem było ciężko i mi się nie chciało, ale myśl o wypłacie zawsze to wynagradzała. Pracowałam po ok. 5 h  dziennie, pięć dni w tygodniu. Zajmowałam się sprzątaniem w domu, dbałam o ogród, czasem pomagałam w sklepie w ciuchami należącym do fundacji, gdzie moja hostka pracowała jako wolontariuszka. Ale tak naprawdę byłam młodszą córką, dla hostki, której dzieci wyniosły się na studia, a ona została sama (host dużo pracował). Byłam taką aupair-pomocą-domową-do-towarzystwa :)

 Mały biały pokoik.

 Lekko romantyczny wystrój zakłócony moim dobytkiem rzuconym byle jak na biurko.

A za zasłoną ukryte wielkie okno z szerokim parapetem, na którym uwielbiałam przesiadywać.

Z hostką do teraz mam kontakt, wysyłam jej pocztówki z wakacji, kartki na święta, a do tego wymieniamy maile. I pewnie nie raz ją jeszcze odwiedzę! Okazała się dla mnie wielkim wsparciem, nie tylko finansowym, ale też psychicznym gdy pojechałam tam po maturze, załamana, że nie dostałam się na wymarzony kierunek studiów, a do tego pełna niepokoju jak to będzie to moje studenckie życie wyglądać.

 Niebieska jadalnia (była jeszcze różowa z pianinem i biała z kominkiem, ale nie mogę znaleźć zdjęć)

Wyjazdy do Anglii były o wiele więcej warte niż wszelkie kursy językowe. Co prawda chodziłam na prywatne lekcje angielskiego w Polsce, ale po każdych wakacjach spokojnie przeskakiwałam kolejne poziomy i w drugiej klasie liceum miałam już FCE i CAE. Ale to nie certyfikaty się liczą - dzięki przebywaniu z native speakers nabrałam pewności siebie, nie boję się mówić, staram się nie robić błędów, ale jeżeli już mi się zdarzą to się nie przejmuję. To właśnie w Anglii przeczytałam pierwsze książki po angielsku i tak mi już zostało, od sześciu lat czytam zdecydowanie więcej po angielsku niż po polsku. Dzień bez czytania jest dla mnie dniem straconym, więc angielski codziennie w użyciu. Cierpi na tym moja polszczyzna, ale nic się nie da na to poradzić - w Internecie jest zdecydowanie więcej tekstów po angielsku.

Tower Bridge - Londyn

To właśnie wizyty w Anglii sprawiły, że bycie aupair stało się dla mnie świetnym sposobem na zwiedzanie świata. Polubiłam możliwość zmieniania całkowicie środowiska, stawania się częścią życia obcych ludzi i wyzwania życia codziennego w krajach, w których nie mogę się porozumieć w ojczystym języku.
W takim domu chcę kiedyś zamieszkać.

czwartek, 21 czerwca 2012

Hiszpańskie plaże



Plaże w Vigo
Niedługo po przyjeździe do Vigo  poszłam na spacer w drugą stronę miasta. Wcześniej w necie sprawdziłam jak dojść do plaży i wreszcie tam dotarłam. Przyznam, że się rozczarowałam. Vigo leży nad zatoką na oceanie i ma się wrażenie, że cały czas jest się nad jakimś małym, śmierdzącym jeziorkiem.
                                                           Plaża miejska w Vigo
Woda jest bardzo zimna, podobno tej bałtyckiej tylko bardziej słona. Przy brzegu rośnie pełno wodorostów, które oblepiają nogi i do tego strasznie śmierdzą. Przy odpływie odsłaniają się skałki, całe oblepione czarnymi szczeżujami i cuchną niemiłosiernie. Jedynym plusem jest śliczny, biały piasek, pełen dziwnych srebrnych płatków, które sprawiają, że gdy jest mokry wygląda zupełnie jak ciekłe srebro.

                                                         Plaża w Vigo-Samil


Plaża jest bardzo długa, ciągnie się aż do Cannido, które ciężko powiedzieć czy jest już wioską za miastem czy jego obrzeżami.
Najpiękniejsza część Vigo, wręcz stworzona do tego by leżeć, spacerować, pływać, odpoczywać. Niestety do Samil w jedną stronę szło się i to szybkim tempem ponad 1,5 h. 
Pływanie w Vigo wymaga dużo samozaparcia, woda jest przeraźliwie zimna, okropnie słona, a do tego jest pełno wodorostów. Ale mnie, prawdziwej maniaczki, nic nie odrzucało. Narażałam się najwyżej na podejrzliwe spojrzenia gdy było zimno (ok. 25 stopni, czyli dla Hiszpanów - Antarktyda), a ja jako jedyna szłam pływać.

Plaże w Santander
 Główna plaża miejska - odpływ. Do tej części wybrzeża miałam bardzo blisko, spacerkiem jakieś 10 minut. Za to jak szłam z dzieciakami to krótka trasa zamieniała się w czerwony szlak górski. Na środku zdjęcia rozrzucone zabawki moich host-dzieciaków.
                                  Skałki przy samej plaży, a w tle wyspa Magdaleny.
                                    Tak przejrzystej wody nie widziałam jeszcze nigdzie.

                                      Plaża na wyspie Magdaleny. Moje ulubione miejsce do pływania. Po tej stronie wybrzeża fale nie były tak silne i pływy też jakby mniej wyczuwalne.
                                     Prom wycieczkowy, kursujący Anglia-Hiszpania.
                                     Ośrodek wypoczynkowy na wyspie Magdaleny

                                                   Widok na plażę miejską
W Santander spędziłam dwa tygodnie i każdego dnia byłam nad wodą. Pogoda okazała się zbyt piękną by nie korzystać. Woda w morzu dużo czystsza i cieplejsza niż w Vigo zdecydowanie zachęcała do pływania. Lazuru oceanu w Santander nigdy nie zapomnę. 

Plaże w Viveiro
 Piasek był po prostu srebrzysty, niesamowicie drobniutki i mienił się jak najprawdziwsze srebrno. Niestety mokry miał brzydką tendencję do stawania się czarnym, lepkim błotem. A gdy tylko miał szansę przyschnąć na skórze, jego zmywanie stawało się koszmarem.



                                          Port i plaża miejska w Viveiro.
                                   Przy dużej wysepce zawsze zawracałam, dalej popłynąć już się bałam.
Całe Viveiro to niewielkie, stare centrum, bardzo długa plaża wzdłuż której stoją może po dwa rzędy domów. Po za wylegiwaniem się na piasku nie ma kompletnie co robić. W dwie godziny można obejść całe miasteczko, które choć urocze, nie oferuje zbyt wiele. Za to na pewno urzeka wąziutkimi uliczkami.



Mieszkanie w Vigo

Za tydzień będę już u nowej host family, więc koniecznie muszę przyspieszyć pisanie relacji z zeszłego roku. A w zasadzie publikowane, bo pisałam na bieżąco przez całe wakacje.
Sesja już prawie za mną, jeszcze tylko jeden egzamin, dwa zaliczenia, pakowanie, wyprowadzka i na trzy dni do rodziców.
Z powrotem do Hiszpanii!
                                                   Centrum handlowe pod Madrytem.
 W tak dużej galerii handlowej nigdy wcześniej nie byłam. Budynek był zadziwiająco pusty mimo zaczynających się wyprzedaży, ale dzięki temu tym bardziej przyciągał. Cisza i przyjemny chłód klimatyzowanego powietrza - dwie najbardziej pożądane rzeczy w Madrycie.

Po tygodniu spędzonym w Madrycie pojechaliśmy do domu hostów w Vigo, na wybrzeżu, tuż nad Portugalią. Vigo nie jest duże, miałam wrażenie, że jest podobnej wielkości jak Toruń, w którym obecnie studiuję.
                                         Panorama z okna mojego mieszkania - Vigo

Dopiero po przyjeździe do Vigo dowiedziałam się, że nie będę mieszkać razem z moją host family. Trochę się ucieszyłam, a trochę przestraszyłam. Bałam się mieszkać sama w zupełnie nowym miejscu, w kraju, w którego języku nic nie potrafię powiedzieć. Dostałam klucze mieszkania hostów i do swojego. Rodzice P. mają przy Gran Via dwa mieszkania w apartamentowcu i do jednego z nich właśnie ja się wprowadziłam. Mieszkanie nie jest dużo, mały korytarzyk, duży salon, mała i zagracona kartonami kuchnia, sypialnia i łazienka, a do tego balkon. Na dole jest ogólnie dostępny dla mieszkańców basen i ogródek z parasolami, a całości całą dobę pilnuje ciecio-recepcjonista. Na całe moje szczęście pan c-r potrafi mówić po angielsku.
                                                    Kaktusy pod moim "apartamentem"
                                                   Basen (widok z balkonu)
Nad basenem spędziłam długie godziny - uwielbiam pływać, a nie zawsze chciało mi się iść na plażę. Opalać też mi się tu zdarzało, ale nie udawało mi się wytrzymać dłużej niż piętnaście minut. Zwykle było upiornie gorąco, a poza tym przychodziłam w czasie sjesty, gdy żaden normalny Hiszpan nie wychyla nosa z domu. Ale lepsze gorąco i samotność niż biegające w kółko stado dzieciaków z sąsiedztwa.
                                                     Salon mojego "apartamentu"

sobota, 7 kwietnia 2012

Madryt vol.2 - pierwsza wycieczka

 Moja pierwsza wycieczka po Madrycie.

Wstałam kilka minut po ósmej, żeby dosyć przyzwoicie zdążyć na pociąg do centrum. W kuchni pojawiłam się jako jedna z pierwszych. Gdy jadłam przyszła HM i pytała co będę robić. Napisała mi nazwy stacji, pokiwała głową nad moją mapką Madrytu wydrukowaną z google maps, a potem zawiozła mnie na stację.
                                                        Kościół przy stacji La Moraleja

Kupiłam dwa bilety po 1e (na jeden przejazd), wsiadłam w pociąg nr10 na stacji La Moraleja, na którą zawiozła mnie HM. Okazało się, że trzeba się przesiąść kilka przystanków dalej, w następny pociąg linii 10. Szczerze mówiąc nie wiem po co, ale cóż. Zagapiłam się, przesiadałam dwa razy i musiałam dokupić jeszcze jeden bilet. Choć w Madrycie byłam później jeszcze dwa razy i znowu jeździłam metrem, to nadal nie ogarniam tego systemu biletowego. Chyba chodzi o podział na strefy, ale szczerze mówiąc nie zagłębiałam się w to jakoś bardziej. Jedno jest pewne: Hiszpanom możemy zazdrościć metra! Jedna warszawska linia to śmiech na sali w porównaniu z Londynem, Madrytem, o Tōkyō nie wspominając.
                                                        Przy zejściu do Tribunal
W każdym razie w końcu wysiadłam na stacji Tribunal (centrum), HM proponowała mi, żebym wysiadła na stacji Cibeles, ale żeby tam dotrzeć musiałabym się przesiadać jeszcze kilka razy, a nie chciałam tego ryzykować. A poza tym dla początkującej aupairki każde euro liczy się podwójnie. Zaraz pod stacją gdy wgapiałam się w mapę podeszła do mnie para i facet zagadał coś po hiszpańsku. Odpowiedziałam po angielsku "I don't speak Spanish", okazało się, że oni też są turystami, którzy świetnie mówią po angielsku. Zamieniliśmy kilka zdań i się pożegnaliśmy, bo ani ja nie umiałam im pomóc, ani oni mnie. Co prawda byli bardzo chętni do udzielania mi wskazówek, ale jak potem się dowiedziałam mówiliśmy o zupełnie innym "Sol".
                                                                         Cibeles

Poszłam prosto ulicą La Furreacal. Wąska, zacieniona, cała dla pieszych. Po obu stronach różne sklepy, knajpy, wszędzie napisy "Rabajas", ludzie rozdający ulotki i jacyś inni w odblaskowych kamizelkach z napisem "oro" (loteria?). Doszłam do skrzyżowania z Gran Via i spytałam dziewczyny rozdającej ulotki jak dojść do Puerto del Sol. Co nie co mnie zrozumiała, ale nie mówiła po angielsku, w każdym razie pokazała mi prawidłowo drogę.
                                              Piękna architektura niedaleko Gran Via

Na Puerta del Sol spotkałam trzy Polki. Pogadałyśmy chwilę, powtórzyły mi parę razy, że mam być ostrożna i uważać na siebie, a potem się rozeszłyśmy. Z Puerta del Sol, które jest rodzajem malutkiego rynku, poszłam w prawo, trafiłam na plac operowy, przysiadłam na chwilę, napiłam się kupionej dzień wcześniej wody i poszłam dalej. Dotarłam do pałacu, zrobiłam mu dwa zdjęcia. Koło niego znajdował się ogród Jardines de Sabatini, po którym się przespacerowałam. Ładnie pachniały kwitnące drzewa, ale było zbyt gorąco, żeby tam siedzieć i zachwycać się krzaczkami.
                                                            Park ze "strumieniem"

Zrobiłam kółko z powrotem do Furreacal, nie chciałam się zgubić, szczególnie, że HM chciała abym była już dostępna od 16. Potem poszłam dalej Gran Via, rozglądałam się za kantorem, ale jedyne które wypatrzyłam nie zamieniały złotówek. Jeny, funty, franki, korony itd, można wymienić wszędzie a pln nigdzie. I tym sposobem utknęłam z jakimiś 15e, na szczęście moją karta jest tu obsługiwana, ale za to prowizja za przewalutowanie zwala z nóg.
                                                               Okolice Cibeles

Po drodze na Cibeles kupiłam pięć pocztówek po 20c, będzie na pamiątkę i może do wysłania. Posiedziałam trochę w parku, w którym była fontanna stylizowana na strumień.
Później przeszłam się alejką po obu stronach, której były ustawione reprodukcje różnych starych hiszpańskich obrazów. Później trafiłam w jakąś wąską uliczkę z licznymi sexshopami i chyba klubami dla gejów. Z okien kilku sklepów tęczowo mieniły się t-shirty z napisem "Madrid gay pride". Okrężną drogą wróciłam na stację Tribunal. Zrobiłam zdjęcie małemu pałacykowi w remoncie obok i poszłam na pociąg.
Madryt zrobił na mnie spore wrażenie. Jest bardzo rozległy, niesamowicie zatłoczony, ale z dobrą komunikacją. Sklepów mnóstwo, i tych zupełnie małych, i wielkich galerii handlowych. Dużym plusem jest porządna sieć metra, a do tego spore mapy przy każdym przystanku. Całkiem spory kawałek trasy pokonałam idąc od stacji do stacji. Minusem jest naprawdę upiorne gorąco, ale pewnie po dłuższym czasie można się przyzwyczaić.
                                                         "Kawałek" miasta

W następnym poście opiszę wycieczką po Madrycie z niemiecką aupair.

A na koniec: jak dodawać komentarze na blogach? Nie wiem dlaczego, ale nic nie mogę dodać. Klikam pod notką "dodaj komentarz", wpisuję jaki chcę mieć podpis, piszę treść komenta, klikam "opublikuj" i NIC! nawet na własnym blogu nie mogę dodać żadnego komentarza :/