środa, 11 września 2013

Ze sklepiku kampusowego różności

Obiecałam w jednym z poprzednich postów napisać więcej o chińskim jedzeniu. Jako, że już od ponad tygodnia jestem w Chinach przyszedł czas na krótką notkę o różnych niedrogich produktach, które oferuje kampusowy sklepik.
Galaretko-sok pomarańczowy ze śmiesznymi kuleczkami w środku. W języku chińskim noszą wdzięczną nazwę żabich jajeczek, a przynajmniej tak twierdzi Maksym. Skrzek na pewno to nie był i wbrew mało apetycznej nazwie całkiem dobre. Zauważyłam, że Chińczycy mają upodobanie do wciągania galartkopodobnych produktów przez słomkę. 

Chleb o smaku słodkich ziemniaków. W opakowniu dwie saszetki fioletowej galaretki o bliżej nieokreślonym słodkim smaku. Kromki mają lekko szarawy kolor w purpurowe zawijasy. 

Wyglądające zupełnie jak karmelki cierpkie galaretki o smaku passiflory czy jak kto woli marakuji, granadilli, męczennicy (moja ulubiona nazwa!). Prezent od Xiao, który pokazał mi gdzie jest Carrefour.

"Szwajcarskie" zawijane biszkopty ze śmietankowym nadzieniem, które miało być bananowe.


Chińskie proporcje?

Guma do żucia o smaku jagodowym. Niestety w środku tylko pięć listków - jedno wyjęcie paczki po lunchu w stołówce i zaproponowanie znajomym skończyło się pustym opakowaniem w kieszeni.

Słone (!) herbatniki z nadzieniem o smaku słodko-fioletowym - ciężko go jakoś inaczej określić. Połączenie ciekawe, smaki zdecydowanie ze sobą kontrastują, ale drugi raz się raczej nie skuszę.

Chyba mleko... wypiłam, przeżyłam, smakowało dziwnie, nadal nie wiem co to było.


W ramach eksperymentowania zgarnęłam z półki trzy różne mleka w kartoniku. Czytając ich składy nawet kilka znaków rozpoznałam, ale wcale nie mam pewności, że to mleko krowie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to jakieś mieszanki np. mleczka sojowego z sokiem.

Podobno ten pan to bardzo znany piosenkarz. Reina mówi, że jest rozpoznawalny też w Japonii. Ktoś zgadnie kto to?

Ciasteczka pełnoziarniste i żurawinowe. Pozostaje mieć nadzieję, że nie są słone tak jak te fioletowe.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rosjanie, Moskwa i... kult Lenina

Centralny punkt Moskwy - Plac Czerwony

  Rosjanie bardzo przypominają Polaków pod wieloma względami. Nie chcę tu pisać o sprawach oczywistych, takich jak język. Dlatego napiszę o ciapkach, papciach czy jak kto woli laczkach. Byłam zagranicą kilkukrotnie i mieszkałam u różnych rodzin, ale tylko moi rosyjscy gospodarze od razu po wejściu przydzielili mi parę ciapków do chodzenia po domu. Hiszpanie czy Włosi nie prosili nawet o zdjęcie butów, a dla Anglików oczywiste było chodzenie w skarpetach wszędzie tam gdzie były dywany (a były dosłownie wszędzie!).
   Oprócz ciapków czekających na mnie przy drzwiach powitały mnie świeżo zakupiona pościel, ręczniki i... deski do krojenia (to ostatnie szczególnie kojarzy mi się z domem rodzinnym - gość w dom nowa deska na stół).
   U moich rosyjskich gospodarzy panuje prawdziwa słowiańska gościnność. Cała trzyosobowa rodzina dba o to, żebym nie zapomniała o żadnym posiłku, przekąsce czy trzecim tego dnia podwieczorku. Równie miłe jak i krępujące są wspólne wizyty w sklepie, podczas których jestem wypytywana o każdy artykuł i czy na pewno go nie chcę, ewentualnie czy w Polszy taki można kupić. Dzięki troskliwości gospodarzy miałam już okazję jeść zefircziki (wyglądają jak bezy, smakują jak pianki), pastila (trochę twardsze ptasie mleczko, tyle że bez czekolady), prjaniki (pierniki, ale mniej słodkie niż polskie), a nawet tort czereśniowy, który ku rozczarowaniu (Rosjan, nie moim, mnie bardzo smakował) okazał się zrobionym według receptury austriackiej (ale w Moskwie! - jak zaznaczyła pani domu).

Flagi Rosji i Moskwy

   Moskwa jako taka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Transport publiczny jest świetnie zorganizowany (do wyboru do koloru - metro, autobusy, busy, trolejbusy, tramwaje, taksówki), drogi są w dobrym stanie, a przy tym szerokie. Co prawda Rosjanie jeżdżą jak szaleni, parkują z iście ułańską fantazją, a przez ulicę najlepiej im się przechodzi na czerwonym świetle, ale szybko można do tego przywyknąć. Na ulicach spotyka się wiele patroli policji, co sprawia, że widuje się bardzo mało żebraków czy zataczających się meneli. To co było plagą toruńskich ogródków piwnych, czyli żule nachalnie dopraszający się pieniędzy czy plujący ludziom w jedzenie, w Moskwie się nie zdarza.
 Dla rasistów i wyznawców stereotypów dodam tylko, że tak, Rosjanie noszą białe skarpetki do lakierowanych butów i spodni dresowych.

Bardzo miłym akcentem zwiedzania było odnalezienie w największej moskiewskiej księgarni całej półki książek Andrzeja Sapkowskiego. Muszę przyznać, że rosyjskie wydanie jest ładniejsze od polskiego - twarda oprawa, estetyczne okładki, kilka wersji ilustracji na okładce. To samo można powiedzieć o wydaniach popularnej ostatnio sagi "Gra o tron". Rosyjskie wydania literatury fantasy zdecydowanie robią pozytywne wrażenie.


Za słabo znam rosyjski, żeby przeczytać i ocenić tłumaczenie. Musiałam się zadowolić wersją polską.
Nie czytałam, ale znam kogoś, komu spodobałaby się ta okładka.


Wódz prowadzi proletariat ku zwycięstwu

  Zdziwiła mnie ilość pomników Lenina, miejsc nazwanych jego imieniem, tablic pamiątkowych. Poddałam się ciekawości i wybrałam się do mauzoleum. I tu kolejne zaskoczenie - przyszłam zbyt późno, kolejka długa na prawie sto metrów i informacja, że już dziś się nie dopcham. Ilość oczekujących zdecydowanie pobudziła wyobraźnię, wiadomo, jeśli tyle osób czego to musi to być coś super! Zrobiłam drugie podejście, tym razem na miejscu byłam ponad pół godziny przed otwarciem grobowca dla zwiedzających. Nie byłam nawet w pierwszej pięćdziesiątce.


Ostatnie miejsce spoczynku Lenina

 Mauzoleum jest bardzo dokładnie strzeżone, po przejściu przez pierwszą bramkę należy oddać do przechowalni wszelki sprzęt elektroniczny, absolutnie zakazane są kamery, aparaty, telefony, komputery, ale też większe torby czy ciężkie stroje. Następnie trzeba przejść przez wykrywacz metalu, a potem pozwolić żołnierzowi przejrzeć torebkę, ewentualnie dać się "obmacać". Później można już szybko udać się do mauzoleum wzdłuż ścian Kremla, ten czas warto poświęcić na obejrzenie płyt nagrobnych "bohaterów" ZSRR, m.in. Stalina. W grobowcu panuje mrok i chłód, pod ścianami co kawałek rozstawieni są poważni żołnierze, którzy dbają, aby nikt nie próbował zbliżyć się do mumii Lenina ani nawet nie zatrzymał się na chwilę. Samo ciało robi upiorne wrażenie, ze spoczywającej za pancerną szybą mumii widać tylko pożółkłą głowę i dłonie, na które pada mdłe światło. Przyznam, że z ulgą wyszłam na słoneczny Plac Czerwony. Mimo wszystko wydaje mi się, że warto odwiedzić mauzoleum, szczególnie jeśli ktoś lubi zwiedzanie z dreszczykiem albo jest pasjonatem historii.

 Wielki Wódz i mała ja

sobota, 6 lipca 2013

Toruń

I've spent in Toruń last three years of my life, I can call them 'the best three years of my life' without hesitation. That's why I've decided to write a bit about this marvelous town. I don't want to make it a boring history lesson, so let me show you some photos :)

One day I went to the shop in the evening and here is what I saw: 


I have no idea why the buildings were illuminated like this, what occasion was that, but I enjoy it a lot. That's the best thing about living in Toruń, almost every day something like this happens, so every time you vist the old town you see something new. 

 There is a legend about a boy playing violin and leading frogs out of the town. Many towns have similar legends, but in Toruń frogs are everywhere! You can buy little porcelain ones on the souvenirs stalls, you can see small sculptures scattered all over the town. And if you walk by this fountain and you pet one of the frogs you will be lucky. That's why their backs are so shiny :)

 One of the Toruń's districts during New Year's Eve celebration. 
High Street.
On the left there is small shop with all kinds of handmade jewelry, I spent there so much money! 

Narrow, medieval street. I took this pic when I went there with my employer and a Japanese lady who wanted to paint something with a lot of bricks during her lesson.



 Toruń on a sunny, spring day. There are many magnolia trees in the town and when they bloom it's so beautiful! On the last pic you can see a very posh restaurant, I've never eaten there, but I've heard it's quite good. 
Vistula river. The longest river in Poland, it flows through Toruń. So far there are only two bridges connecting both shores, but the third is under construction and shall be ready in two years.


 Toruń's old town seen from the other side of the river. 
 The center of old town. All people meet by Copernicus monument when they go out with friends. Every time someone hangs out with their friends they meet there, so always you can see people waiting. 


 The oldest church in Toruń. I've been there only once when I attended a wedding ceremony. 

 On this street was a very good Chinese restaurant. They made really delicious food! Unfortunately it's been closed for few months already. I hope they'll reopen. 
 Here I got my first and so far the last tattoo :)



I know the quality of these pics is just horrible, but I don't have anything better, anyway I just wanted to show you how Toruń looks in the winter. The last pic shows post office. If you ask me it's one of the most beautiful buildings here. 

niedziela, 27 stycznia 2013

Kuchnia chińska

Przedstawiam mały wstęp do kuchni chińskiej. Na pewno gdy już znajdę się w Chinach napiszę więcej na ten temat. Dzisiaj prezentuję przedsmak:

Wnętrze restauracji chińsko-wietnamskiej

Kuchnia chińska to bogactwo różnorodnych smaków, kolorów, zapachów i obrazów. Chińczycy jadają trzy razy dziennie, brzmi standardowo jednak do każdego z tych posiłków przykładają równie wielką wagę, stąd nie dziwią tłumy w niemalże każdej restauracji (bez względu na jakość, w sumie im taniej tym lepiej) o każdej porze dnia i nocy.  Najwięcej ludzi gromadzi się w jadłodajniach pomiędzy dwunastą a trzynastą popołudniu i w godzinach wieczornych począwszy od szesnastej. Chińczycy jedzą naprawdę dużo. Nie trzeba być bogatym, aby porządnie zjeść: można się najeść za śmieszne 10 yuanów (1rmb=0,5zł). 
Klasyczne chińskie knajpy pękają w szwach w godzinach szczytu, jednak tak koreańskie, pseudo włoskie czy fast foody typu McDonalds cieszą się dużą popularnością. 

Przekąski do kupienia u ulicznego handlarza

Niemal każde danie okraszone jest mocą różnistych przypraw, tego z pewnością w Chinach nie brakuje. Skosztować można wiele piekielnie ostrych potraw rodem z Syczuanu, albo kwaśnych za sprawą octu, który jest w Chinach na tyle ważny ich wyrosła wokół niego swoista kultura, o czym można się przekonać odwiedzając muzeum octu w Zhen Jiang (prowincja Jiangsu), gdzie produkowany jest ten najlepszy.
Tym, co zwykle najbardziej ciekawi obcokrajowców są kulinarne sensacje. W kuchni chińskiej można znaleźć pełno "makabrycznych" dla typowego Europejczyka dań, takich jak kaczka podana w całości, łącznie z głową, a czasem nawet wnętrznościami. Chińczycy zajadają się kurzymi stópkami jak chipsami, podobnie żywymi żabami sprzedawanymi na wagę w wielu supermarketach. Popularnym daniem jest też rosół, na którego dnie można znaleźć plastry brązowej, zakrzepłej krwi, która choć bez smaku, to w konsystencji przypomina naszą galaretkę (tradycyjna zupa z okolic Nankinu).

Suto zastawiony stół - makaron gryczany, pierogi, sosy...

Psa i inne smakołyki dostać można tylko w nielicznych restauracjach, nie są zbyt popularne, a żeby doń trafić trzeba wiedzieć gdzie pytać.  A jeżeli ktoś ma ochotę na zjedzenie żywcem węża, żaby czy małpy, przysmakiem jest małpi móżdżek, to powinien udać się do prowincji Guang Dong.

Zupa z rybą w całości

 Również zasady zachowania przy stole zdecydowanie różnią się od norm przyjętych w Polsce. Będąc w Chinach nie należy się dziwić jeśli w restauracji ktoś głośno beknie, wypluje to czego nie zdoła pogryźć na stół czy zwyczajnie splunie pod niego obficie. Nikogo takie zachowanie nie bulwersuje, jest to element bardzo złożonej kultury, tak różnej od europejskiej.

Ryż, mięso i dużo warzyw - standardowy posiłek

Spore kawałki dzisiejszego posta i większość zdjęć są autorstwa mojego kumpla, który od pół roku mieszka i studiuje w Chinach. Zarówno zdjęcia jak i tekst otrzymałam z pozwoleniem na wykorzystanie, pierwotnie do celów koła naukowego, któremu przewodniczę, ale nie zaszkodzi się podzielić nie tylko ze studentami. Wszystkie komentarze i pytania na pewno mu przekażę :)


wtorek, 22 stycznia 2013

"The grass was greener..."

Jestem uzależniona, stuprocentowo i całkowicie uzależniona od wyjazdów za granicę.

Santander

Wracam do Polski po tych trzech miesiącach tak naprawdę ciężkiej pracy, przez kilkanaście dni usiłuję z powrotem przyzwyczaić się do zwykłej, studenckiej rutyny. Później żyję codziennością, chodzę na uczelnię, spędzam czas ze znajomymi, uczę się i wszystko jest w porządku.

Vigo-Pontevedra

Potem mijają trzy, cztery miesiące od powrotu, potem pięć i znów coraz intensywniej myślę gdzie mogłabym pojechać. Zawsze wydaje mi się, że jest lepiej, ciekawiej, bardziej ekscytująco tam gdzie mnie jeszcze nie było. Nie myślę o kolejnym wyjeździe do tego samego kraju, bo przecież już tam byłam, więc po co znowu? Poza tym z każdym tym miejscem mam różne wspomnienia, i te dobre, i te złe. I zwyczajnie boję się, że jeśli znowu pojadę do tego samego miasta, przejdę się tymi samymi zakurzonymi uliczkami to już nie będzie to samo, że to co zobaczę zbyt będzie się różnić od tego co zapamiętałam.

 Zatoka Ria de Vigo
Po kilku miesiącach od powrotu te gorsze i cięższe chwile spędzone w pracy zacierają się całkiem, a pozostaje tylko wspomnienie ekscytacji na myśl o całkowitej odmianie życia na kilkanaście tygodni. O życiu, pożyczonym życiu, w obcym domu, z nieznajomymi, którzy stają się rodziną, o opiece nad cudzymi dziećmi, które stają się ni to moimi własnymi ni to moim rodzeństwem, o chodzeniu w zupełnie nowe miejsca, poznawaniu ludzi, słuchaniu zupełnie obcego języka, który szybko wpada do głowy. I tęsknię nawet za mówieniem cały czas w języku, który nie jest mój, o płaceniu pieniędzmi, do których zupełnie nie mogę się przyzwyczaić, do odliczania dni do powrotu do szarej, polskiej rzeczywistości, która i tak po kilku miesiącach znudzi mi się do obrzydzenia.

 Classe
W kilka tygodni po powrocie do Polski pojawia się te dziwne uczucie w piersiach. Powoli zaczyna ciążyć, odbiera spokój i nie pozwala się skoncentrować. I te dwa zupełnie inne życia mieszają się tak bardzo, że nagle one oba wydają się snami. Zdarza mi się płakać słuchając piosenki, którą słyszałam w jednym z tych odległych miejsc, choć nawet nie wiem za czym tak naprawdę tęsknię. Uczucie sznurka wokół serca, za który ciągnie jakaś nieznana siła tylko się pogłębia. Ukojenie i radość znajduję w planowaniu kolejnych wyjazdów.
Castiglione della Pescaia Toscana
Męczę się teraz ze zbliżającą się sesją, z nauką i toną prac zaliczeniowych do napisania, pracą licencjacką, tłumaczeniami, ale myślami jestem już gdzie indziej. Bo wiem, że w sierpniu pojadę do Rosji, może do Czech z bratem, a później przeniosę się na rok czy dwa do Chin. A z Chin na pewno zajrzę do znajomych w Japonii. A może po drodze do Chin do Wietnamu? Nie wiem, niczego jeszcze nie wiem, ale jedno jest pewne: trawa jest zawsze zieleńsza a promienie słońca jaśniejsze tam, gdzie mnie jeszcze nie było :)

Zagnańsk
A może w Polsce nie jest aż tak źle? Chyba jak już zobaczę świat, to tu wrócę.

sobota, 19 stycznia 2013

Wybór agencji - Prowork i China Link World

Planuję wyjazd do Chin na rok.
Czy się na niego ostatecznie zdecyduję okaże się pod koniec marca, ale i tak zaczęłam pewne przygotowania. Do tej pory byłam przekonana, że na pewno wyjadę z takiej a takiej agencji i nawet nie brałam pod uwagę innych. Nie jest to mój pierwszy wyjazd aupairski, a z pewnością jest to wyjazd, do którego chcę być jak najlepiej przygotowana. Dlatego też zabrałam się za wyszukiwanie innych agencji.

Pierwszy wybór i pierwsza agencja, która mnie zainteresowała Chinami: Prowork.
Prowork to polska agencja i przez nią wyjechałam do Hiszpanii na trzy miesiące.
Wymagania:
-wiek 20-29
-bardzo dobry angielski (najlepiej wykształcenie lingwistyczne)
-mile widziane doświadczenie w pracy jako aupair
-mile widziane dodatkowe umiejętności, np. gra na instrumentach
Koszty:
-opłata agencyjna 750 zł
-bilety samolotowe (przy kontraktach 6-12 m-cy zwrot kosztu biletów)
-depozyt 250 dolarów
-koszt wizy
Praca i wynagrodzenie:
-25h/tydzień
-kieszonkowe 750-1200 rmb miesięcznie (1rmb=ok.0,5zł)
-rodzina opłaca kurs językowy
-rodzina opłaca ubezpieczenie
-po ukończeniu 12-miesięcznego kontraktu bonus 5000 rmb

https://www.prowork.com.pl/program-au-pair-chiny_202_12_pl.html

Druga agencja, na którą natrafiłam: China Link World.
Holenderska agencja, której właścicielka odezwała się do mnie na facebooku. Ale to już inna historia.
Wymagania:
-bardzo dobry angielski
-mile widziane doświadczenie w opiece na dziećmi
-gotowość do nauki chińskiego
Koszty:
-brak opłaty agencyjnej
-koszt wizy
-bilety samolotowe (rodzina zwraca 3000 rmb po przylocie do Chin)
-jeśli zrezygnuje się z programu w trakcie kontraktu, albo złamie się zasady kontraktu kara 1000 dolarów
Praca i wynagrodzenie:
-30h/tydzień
-kieszonkowe 2000 rmb miesięcznie
-rodzina opłaca kurs językowy
-rodzina opłaca ubezpieczenie

http://www.chinalinkworld.com/Aupair/

Jeśli ktoś ma doświadczenie z tymi agencjami to niech da znać. W następnym poście napiszę o innych agencjach, które oferują wyjazdy do Chin.

czwartek, 15 listopada 2012

Czy warto?

 Nie o tym miałam tak naprawdę dzisiaj pisać, post miał być wesoły i z dużą liczbą zdjęć. Ale zanim zabrałam się za jego tworzenie zajrzałam na forum dla aupair i w oczy rzuciło mi się kilka wypowiedzi, które można podsumować tak: "rodzina jest okropna, hości źle mnie traktują, ale dzieci mnie pokochały i nie mogę ich zostawić".

"Czekaj, czekaj! Weź mnie na rączki!"

Na kilkanaście tygodni, miesięcy, czasem rok czy nawet dwa młoda dziewczyna tuż po maturze, albo już studentka, staje się opiekunką, nianią, starszą siostrą, nauczycielką, matką, kucharką i najbliższą osobą dla czyjegoś dziecka. Przez kilkadziesiąt godzin tygodniowo zastępuje zapracowanych rodziców, albo też rodziców, którzy wolą zapłacić obcej osobie niż spędzać czas z własnymi dziećmi. Niektóre matki otwarcie przyznają, że nie lubią swoich dzieci i bardzo się cieszą z możliwości zrzucenia obowiązku opieki nad nimi na kogoś innego.

"Chodźmy na huśtawki! No chodźmy, proszę!"

Zawsze żal mi dzieci, którymi się opiekuję aupairki. Dla dziewczyn to tylko praca na kilkanaście tygodni, ale dzieci przez ten czas przyzwyczajają się do przebywania z nimi, zaczynają traktować aupairkę jak dobrą ciocię, mówią, że ją kochają. I to nie własnej matce, ale jej przynoszą kwiatki czy laurki. To do niej przybiegają z płaczem gdy się uderzą, po drodze wymijając matkę. Żal mi dzieciaków, bo wiem, że co rok będą przyzwyczajać się do nowej aupairki i co rok będą tęsknić za kolejną, która je zostawiła. I w ten sposób dziecko od maleńkości uczy się, że w życiu nic nie jest stałe, a za pieniądze można kupić opiekę i czułość. Zdarza się później, że dziecko, którym opiekuje się już trzecia, piąta, dziesiąta z kolei aupair mówi do niej: "Nie chcę się z Tobą bawić, nie ufam Ci, przecież i tak mnie zaraz zostawisz i pojedziesz do domu".
Rodzice wybierają nową aupair, bo chcą urozmaicenia, nowej osoby w domu, bo poprzednia poprosiła o podwyżkę, bo nie chciała sprzątać ich ubikacji, bo była za ładna, bo za słabo mówiła po angielsku, bo nie chciała robić nadgodzin za darmo, bo rozgotowywała ziemniaki... A nawet rok po tym jak tamta "zła" odeszła, dzieci pytają jej następczynię, kiedy tamta przyjedzie, dlaczego nie chce do nich przyjechać, czy były niegrzeczne. I obiecują, że teraz już będą dobra, tylko niech ona wróci, niech ona ich nie zostawia. Mówią, że tamta im się śni i tęsknią za nią. Ale dla rodziców się to nie liczy, przecież ważniejsze to zaoszczędzić kilka groszy, bo nowa nie prosi, żeby jej kupić jogurt, albo podwieźć na dworzec.

"Zbudujesz ze mną zamek? Tata miał mi pomóc, ale on nie ma znowu czasu."

Czasem rodzice próbują zmiękczyć serce zimnej i chciwej dziewczyny. "Jak to chcesz podwyżkę? Jak to nie chcesz pracować 50 godzin tygodniowo? To mówisz, że nie przyjedziesz w te wakacje? Ale jak możesz  to robić naszym dzieciom! One Cię tak bardzo kochają i tęsknią za Tobą. I cały czas pytają kiedy przyjedziesz, bo chcą znowu chodzić na plac zabaw i bawić się z Tobą." I niektóre dziewczyny się łamią, obwiniają się, zarzucają sobie samolubność, bo czym jest kilka euro wobec stęsknionych dzieci, które je pokochały? Przecież w zeszłe wakacje wcale nie było aż tak źle u tej rodziny, dzieciaki były kochane, na pewno mogę znowu pojechać, na pewno dam radę... Zapominają jak cieszyły się wracając do kraju i jak przysięgały sobie by więcej się na to nie godzić. Zapominają o pustej lodówce, o hostach, którzy traktowali je z góry, o niskim kieszonkowym i brzydkim pokoju. Wracają do bycia aupair, a po tygodniu są już nieszczęśliwe i płaczą w poduszkę. A czy dziecko możesz być szczęśliwe gdy opiekuje się nim osoba, która marzy o powrocie, odlicza dni dzielące ją od końca kontraktu i nienawidzi jego matki?

"To Twoje kosmetyki? Mogę zobaczyć? Mama nigdy nie pozwala mi dotykać jej szminki."

Czy warto tak się angażować uczuciowo będąc aupair? Warto inwestować tak wiele w relację, której trwanie jest ograniczone datą na bilecie, pieczątką w paszporcie, jednym zdaniem w kontrakcie?

Opiekowałam się dzieciaczkami ze zdjęć, ale opisy sytuacji przywołanych w tekście nie dotyczą ich.